czwartek, 14 lipca 2016

[010] Pisze Isobell

Patrzę na wyświetlacz telefonu, kiedy aparat po raz kolejny wibruje, oznajmiając połączenie od Thomasa. Kątem oka zerkam na siedzącą naprzeciwko mnie Chinę, a na jej ustach dostrzegam ironiczny uśmiech. Wywracam oczami i odbieram w końcu telefon.
– Chłopaki widzieli cię w centrum handlowym. – Zaczyna dziwnie normalnym tonem.
Powinien być zły po tym, co mu powiedziałam. I to właśnie sprawia, że zaczynam węszyć podstęp.
– Bo w nim jestem. Razem z dziewczynami. – Oznajmiam patrząc na Viv i Chinę.
Chwila ciszy i westchnienie. Czekam, aż Cooper coś powie i znudzona oglądam paznokcie.
– Mogliśmy wypaść gdzieś całą paczką, trzeba było tylko...
– Zawsze jak wychodzimy gdzieś całą paczką, to kończy się to naszą kłótnią i zepsuciem atmosfery. Nie niszcz mi wolnego czasu. – Rzucam ostro i się rozłączam.
China patrzy na mnie, jakby oczekiwała wyjaśnień. Wszystko słyszała, bo dzisiaj w Cafe Cup jest wyjątkowo mało osób, poza tym udało nam się zająć stolik w odosobnionym miejscu. Zaczynam wpatrywać się w sufit i wzdycham ciężko.
– Działa mi na nerwy. – Wyznaję.
– To wy w końcu jesteście razem, czy nie? – Odzywa się Vivi.
Znowu jest milcząca, czyli się już wyszumiała i wszystko wróciło do normy. Ale wydaje się być szczerze zainteresowana tematem związku mojego i Coopera.
– Właśnie. Określ się w końcu Isy, bo ludzie gadają. Właściwie, to cała szkoła wie, że jesteście ze sobą, poza tym ty sama wysyłasz mu sprzeczne sygnały. – Oskarża mnie China.
– Ja? A niby w jaki sposób?
– Byliście ostatnio razem na imprezie. Wcześniej chodziliście razem na siłownię i biegać. Nawet umawialiście się na wieczorne granie na konsoli. Spędzaliście ze sobą każdą wolną chwilę. Nie raz widziano, jak wraca od ciebie po nocy. A teraz on zachowuje się jak dupek, a ty go cały czas odtrącasz. – Wyjaśnia, a Vivian energicznie kiwa głową na znak, że się z nią zgadza.
–Bo na początku nie zapowiadało się, że będzie takim dupkiem. Dopiero niedawno, kiedy pozwoliłam mu na trochę więcej niż chciałam, zaczął się tak zachowywać.
– Przespałaś się z nim?! – Wrzeszczy China na pół kawiarni a w tym samym czasie mała Vivi oblewa się herbatą.
Ludzie patrzą na nas dziwnie a ja zaczynam się śmiać widząc zażenowanie obu dziewczyn.
– Chyba chora jesteś. Po prostu po jednej z imprez poszliśmy do niego i się całowaliśmy. I bynajmniej nie był to pojedynczy pocałunek. Ale przerwałam to, zanim zaszliśmy za daleko. Od tamtej pory zachowuje się jakbym była jego własnością, a ja jestem jeszcze za młoda, żeby mnie facet po kątach rozstawiał. Nawet tata tego nie robi! – Próbuję się tłumaczyć.
Prawda jest taka, że nie wiem, jak dziewczynom to sensownie wyjaśnić. Cooper jako partner jest nieznośny. Dlatego pomimo że kiedyś myślałam o nim poważnie, to od kiedy zaczął zachowywać się jak pępek świata, nie mam zamiaru przystawać na żadne umawianie się z nim. Choć właściwie czy siedemnaście lat to już na tyle poważny wiek, żeby koniecznym było być w stałym związku? Śmiechu warte…
– Może i jest trudny, ale zależy mu na tobie. Poza tym ty też do łatwych osób nie należysz. – Mówi China, patrząc mi prosto w oczy i zaczyna mnie tym swoim gadaniem trochę irytować.
– Przepraszam, ale nie mam zamiaru udawać, żeby zyskać w czyichś oczach. A na pewno nie będę przyklaskiwać na coś, co mi się kompletnie nie podoba. – Mówię z najsłodszym uśmiechem na jaki tylko mnie stać.
Przez jakiś czas siedzimy w milczeniu i każda udaje, że niezwykle interesuje ją wnętrze trzymanej w ręku filiżanki. Aż się wzdrygam, kiedy mój telefon ponownie się rozdzwania i tym razem na wyświetlaczu pojawia się głupawe zdjęcie Kierana, jedzącego burgera.
– Gdzie ty do cholery jesteś? – Krzyczy, kiedy tylko odbieram.
Odsuwam od siebie słuchawkę i patrzę na ekran, bo to nie w jego stylu tak na mnie wrzeszczeć. Wręcz przeciwnie, jest osobą o stalowych nerwach i anielskiej cierpliwości do mojej osoby.
– W centrum handlowym, z dziew...
– I czemu ja nic o tym nie wiem? – Znowu jego ostry ton, który mimo wszystko przyprawia mnie o ciarki na plecach. – Prosiłem cię, żebyś mi mówiła, kiedy gdzieś wychodzisz!
– Przecież byłeś zmęczony. Poza tym jestem z dziewczynami. – Decyduję się w końcu powiedzieć.– Coś się stało?
Chwila ciszy i odkaszlnięcie. Zastanawia się, czy mi powiedzieć, czy nie. Czyli, że coś się jednak stało, tylko ja nie powinnam o tym wiedzieć. To na ten temat plotkował ostatnio z moim tatą.
– Gdzie po was przyjechać? – Pyta już łagodniej.
– Jesteśmy w Cafe Cup. – Wyjaśniam tylko bo wiem, że doskonale zna tę kawiarnię.
Keynes rozłącza się niemal natychmiast, a ja jeszcze przez chwilę spoglądam na ekran telefonu próbując zrozumieć, o co konkretnie mu chodzi.
Przyjeżdża po niecałych dwudziestu minutach wraz z Toby'm i obaj wyglądają na nieźle zdenerwowanych. Kieran siada obok mnie i zamawia wodę z cytryną, a Collins przysuwa sobie krzesło z sąsiedniego stolika.
– Żyję, jestem cała i zdrowa. Szczęśliwy? – Prycham, bo całkiem popsuł mi dziś humor.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo. – Warczy wypijając duszkiem całą szklankę zamówionej przez siebie wody.
Nie chcę jeszcze wracać, ale nie wyobrażam sobie też spędzenia reszty dnia z naburmuszonym Keynesem, więc ku zdziwieniu reszty sama proponuję, żeby chłopaki odwieźli nas do akademika. I chyba tylko Kieran domyśla się, że wewnątrz jestem po prostu wściekła.
– Nie bądź zła. – Mówi, kiedy już stoimy pod szkołą a ja chcę wysiadać.
– Wiem, że coś przede mną ukrywasz. Ty i mój ojciec. I dopóki mi nie powiesz, nie zamierzam ci niczego ułatwiać. – Wyjaśniam.
Czekam, aż coś powie. Cokolwiek, co zapewniłoby mnie, że nie mają z tatą żadnej tajemnicy. Ale on po prostu siedzi na miejscu kierowcy i gapi się przed siebie. A ja nie mogę w to uwierzyć, bo nigdy nie miał przede mną żadnych sekretów. Jesteśmy niemal jak rodzeństwo. Dorastaliśmy razem, kłóciliśmy i godziliśmy się i nie raz zasypialiśmy w jednym łóżku po maratonie horrorów. Więc nie mogę mu tego darować zwłaszcza, że sprawa najprawdopodobniej dotyczy mnie.
Zabieram z siedzenia torbę z nowymi Jordanami z limitowanej edycji i wychodzę, choć nadal mam nadzieję, że usłyszę otwierane drzwi i jego prośbę, żebym poczekała. Ale nic takiego się nie dzieje, więc po prostu zaciskam pięści i szybko dopadam do drzwi akademika.
Pojawienie się na horyzoncie Toby'ego jednak powoduje, że w mojej głowie pojawia się bardzo ciekawy pomysł. Bo jako bardzo bliski kumpel mojego przybranego braciszka powinien wiedzieć o jego planach. Tym bardziej, że dzisiaj obaj po nas przyjechali.
– Toby! – Wołam za nim.
– Tak? – Pyta odwracając się i patrząc na mnie.
Nigdy nie byliśmy w jakichś specjalnie zażyłych relacjach. Właściwie to oprócz przyjaźni jego z Kieranem łączy nas tylko tyle, że Toby i China to rodzeństwo. I to takie typowe, gdzie ona robi za denerwującą, rozwydrzoną, młodszą siostrę a on za wiecznie żartującego z niej i uprzykrzającego życie starszego brata, choć w rzeczywistości trudno mu ukryć, że chce się o nią troszczyć.
– Wiesz może, co ostatnio się dzieje z Chiną? – Pytam niby z przejęciem, choć w rzeczywistości po prostu improwizuję.
– A coś nie tak? – Marszczy brwi.
Celowo prowadzę chłopaka w stronę łazienek, ale on jest zbyt zajęty problemem siostry, żeby sobie to uświadomić.
– Ostatnio jest dziwna. – Kłamię. – Dziś rano dostała jakąś wiadomość i wyglądała, jakby się miała rozpłakać. Nie chce mi nic powiedzieć i pomyślałam, że może ty coś wiesz.
Myślę sobie, że powinnam zostać aktorką. Wszelkie łgarstwa wychodzą mi świetnie.
– Nie zwierza mi się z takich rzeczy. – Mówi w chwili, kiedy mamy mijać damską toaletę, do której w jednym momencie go wpycham.
Nie trafiam bezpośrednio w drzwi i chłopak uderza plecami o futrynę, ale zaraz potem ląduje w łazience. Prostuje się i patrzy na mnie z wyrzutem.
– Co do cholery...
– Co Kieran przede mną ukrywa? – Pytam, zastawiając mu wyjście.
Chłopak chce mnie odepchnąć i robi to w mało delikatny sposób, ale mimo wszystko jestem silniejsza. Powoli zaczyna mnie denerwować i zdaję sobie sprawę, że wraz z tym moje oczy zmieniają barwę na całkowicie czarną. Próbuję nad sobą panować, ale nie do końca daję radę, a Toby to dostrzega i chyba zaczyna się bać.
– Isobell, daj mi przejść. – Prosi cierpliwie, cofając się w głąb pomieszczenia. – Zanim zrobisz coś, czego potem możesz żałować.
– Nie musisz się martwić. Nad wszystkim doskonale panuję. – Oznajmiam chłodno. – A teraz gadaj. Chyba, że chcesz, żebym cię zahipnotyzowała i wyciągnęła to siłą?
Działa. Collins jest zdenerwowany, ale staje przede mną i zaczyna mówić.
– Twojemu ojcu się wydaje, że ktoś na ciebie poluje. Nie wiem, nie znam szczegółów, ale chodziło o jakieś zdjęcie i kazał Kieranowi mieć na ciebie oko. – Trochę się jąka, a na moje usta mimowolnie wpełza uśmiech triumfu.
Patrzę bezpośrednio w oczy Murzyna i wbrew swoim słowom zaczynam go hipnotyzować. Choć w rzeczywistości to nie jest hipnoza, a zawładnięcie jego umysłem. Mogę wydobyć z niego każdą informację i zmusić do zrobienia czegokolwiek zechcę. 
– Zapomnisz wszystko, co się przed chwilą wydarzyło. I nie powiesz Kieranowi, że się ze mną widziałeś. – Nakazuję, po czym spuszczam wzrok i szybko staram się doprowadzić do porządku.
Chłopak mruga kilkakrotnie i łapie się za brzuch, jakby chciał zwymiotować. Podchodzę do niego i przytrzymuję, żeby nie upadł.
– Toby! Nic ci nie jest? – Pytam z udawaną troską.
Chłopak patrzy na mnie, jakbyśmy się widzieli po raz pierwszy w życiu. Potem rozgląda się dookoła i przytrzymuje za głowę.
– Co jest? Czemu jesteśmy w babskim kiblu? – Wydaje się niczego nie pamiętać.
– Chciało ci się wymiotować, nie pamiętasz?
– Co? – Dziwi się. – Nie, to chyba jeszcze po wczorajszym. – Mówi.
Kiwam głową ze zrozumieniem i klepię go po plecach.
– Znam ten ból. – Uśmiecham się, nadal go podtrzymując, kiedy wychodzimy z łazienki.
Chłopak mi dziękuje i oddala się, nadal trzymając za głowę. Odprowadzam go wzrokiem nie mogąc powstrzymać chytrego uśmiechu i wracam szybko do pokoju, w którym zresztą już dawno powinnam być.
Vivian wita mnie ze splecionymi na piersi rękoma, jakbym i jej była winna jakieś wyjaśnienia.
– Pani Forebs sprawdzała, czy jesteśmy w pokojach. I wiesz co? Nie było cię.
Wywracam oczami. No tak. Zapomniałam, że ta kobieta jako nasza akademicka opiekunka ma w zwyczaju chodzić wieczorami po pokojach i sprawdzać, czy nikogo nie ubyło. Ani nie przybyło, rzecz jasna.
– I co zrobiłaś? – Pytam, choć nie jestem tym jakoś szczególnie zainteresowana.
– To, co zawsze. Puściłam muzykę w łazience i powiedziałam, że maseczkę relaksacyjną sobie robisz i że prosisz, żeby nie przeszkadzać. – Uśmiecha się.
– Jestem z ciebie dumna, mój uczniu. – Przyznaję z autentycznym zadowoleniem, dodatkowo bijąc jej brawo.
Chwilami zapominam, że pani Forebs jest bardziej naiwna niż dziecko.
Biorę prysznic i wracam do pokoju, ale rudy stwór leży już w łóżku i chyba przysypia, więc mówiąc ciche dobranoc kładę się do siebie.
Długo jednak leżę i nie mogąc zasnąć, gapię się za okno. Jest pełnia, a ja uwielbiam szwendać się ulicami Las Vegas w czasie pełni. Pomijając to, że w ogóle lubię łazić nocą po mieście. Wtedy stolica hazardu może być naprawdę ciekawa, o ile tylko wie się, gdzie się udać. Piękne widoki ze szczytów najwyższych budynków, kluby pękające w szwach, ale też stare, zaniedbane dzielnice, graffiti na murach które niejeden uznałby za wandalizm czy zwykłe bazgroły, w moim przekonaniu są czymś pięknym. No i zawsze można napotkać jakąś ciekawą duszyczkę. 
Może gdybym była normalna, to nie jarało by mnie tak bardzo, ale ja się właśnie w takim otoczeniu odnajduję. Sama, maszerując nieznanymi uliczkami w poszukiwaniu wrażeń. I wbrew temu, co sądzi Kieran czy mój tata, potrafię o siebie zadbać. Świetnie strzelam, umiem jeździć motorem, choć preferuję samochód i mam szczerą nadzieję, że kiedyś uda mi się umiejętnościami dorównać tacie a wtedy pozwoli mi się ścigać i nie będzie za to robił wyrzutów. Choć on uparcie twierdzi, że nigdy do tego nie dopuści. Dodatkowo jestem najlepszą w szkole koszykarką i co najmniej dwa razy w tygodniu trenuję z tatą albo którymś z wujków, a oni naprawdę potrafią człowieka wykończyć. Tylko wszystkim utarło się, że ponieważ jestem najmłodsza, to taka nieporadna i wiecznie trzeba się ze mną obchodzić jak z jajkiem. I czasem mi się wydaje, że nawet za dziesięć lat oni i tak będą mnie postrzegać jako taką małą, słodziutką Isy. A to jest niezwykle irytujące.
Przewracam się po raz kolejny a na mojej poduszce już nie ma chłodnych miejsc, więc po prostu siadam na łóżku, żeby się czegoś napić. Nie mam już pięciu lat i wiem, że jeśli tacie wydaje się, że jestem w niebezpieczeństwie, to prawdopodobnie tak jest. Mimo wszystko coś mi mówi, żeby wyjść na nocny spacer.
Wyciągam z biurka plik kartek samoprzylepnych i na szybko bazgrolę na jednej notatkę dla Vivian, w razie gdyby się obudziła i zobaczyła, że mnie nie ma. Chwytam swoją torbę i po chwili zastanowienia wyciągam spod materaca też niewielki nóż sprężynowy, o którym wiem tylko ja i ruda. Ubieram się w bluzę z kapturem, dresy i bezrękawnik, a na nogi wsuwam najwygodniejsze, stare Supry. Związuję też włosy w kucyk i wybiegam z pokoju mając nadzieję, że żadnemu opiekunowi nie przyjdzie do głowy nocne sprawdzanie korytarzy.
Wiem, że w akademiku są kamery, jednak nikt nie pilnuje nas dwadzieścia cztery na dobę, a nagrania są sprawdzane tylko wtedy, jeśli jest jakaś zadyma. Kieruję się więc na stołówkę, bo są tam boczne drzwi, które niemal zawsze są otwarte, gdyż niektórzy opiekunowie tamtędy wychodzą palić w nocy, żeby ich uczniowie nie widzieli.
Wymykam się i jedyne co mi pozostaje, to przejście furtki a to wymaga wizyty u pana stróżującego. I tu bycie mutantem również się sprawdza.
– Przepraszam? – Stukam grzecznie w szybkę.
Po chwili otwiera starszy, nieco otyły pan, który przygląda mi się uważnie. Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale dostaję się do jego umysłu bez większych przeszkód.
– Daj mi zapasowe klucze do bramki. – Mówię, a on niechętnie i jakby w transie, ale podaje mi to, czego chcę. – A teraz zapomnij, że tu byłam. – Nakazuję, i jak w przypadku Toby'ego, przestaję po prostu na niego patrzeć.
Zostawiam zdezorientowanego mężczyznę i szybko przedostaję się na drugą stronę, nie zapominając o zamknięciu za sobą wejścia.
Od razu idę do tej części miasta, której wstydzą się mieszkańcy stolicy hazardu. Tej, o której nie pisze się w prasie czy nie pokazuje w wiadomościach. Zapominanej, bardziej mrocznej.
Vegas to luksusowe sklepy, w których można kupić ubrania najlepszych marek z całego świata, wspaniale ozdobione ulice i charakterystyczny zapach zdający się za nami podążać, na który zwraca uwagę każdy, kto po raz pierwszy przyjeżdża do tego miasta. Często są też świetne koncerty czy VIP-owskie imprezy, bo w końcu jeśli ktoś jest w stanie zaszaleć w kasynie i przegrać kilka tysięcy, to nie jest problemem dla niego zapłacenie za występ gwiazdy światowej sławy. Po prostu raj na ziemi, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.
Są jednak miejsca, w których nie jest tak kolorowo, choć zależy, z jakiej perspektywy na to patrzeć. Na przykład jeden z zamkniętych odcinków metra, na który właśnie się udaję. Co prawda nie ma tu tak wielu zdziczałych gryzoni, jak w innych miastach, ale są bezdomni, bo ubóstwo jest jednym z tych problemów Vegas, o których się nie mówi, bo przecież psułoby to świetny wizerunek. Prawda jest taka, że dużo ludzi żyje w skrajnej biedzie i część z nich znajduje schronienie właśnie w takich odciętych od reszty społeczeństwa miejscach. A zapach niestety w przeciwieństwie do tego na ulicach nie jest przyjemny.
Ale czego się nie robi dla sztuki? Bo w końcu właśnie po to przybyłam w to miejsce. Już jakiś czas temu zaobserwowałam osobliwe malunki. Najpierw jeden, przedstawiający piękną, aczkolwiek pozbawioną jednego oka kobietę, pokrytą tatuażami. Potem było dziecko, z pozoru słodkie i normalne, poza wielką szramą przechodzącą przez lewą część twarzy. Ostatnio dorosły mężczyzna z zakrwawionym nożem w ręku. A teraz zdejmuję kaptur i widzę młodą dziewczynę, z żyletką w jednej dłoni, patrzącą na zakrwawiony nadgarstek drugiej. Nowością są krwawe łzy spływające po jej policzkach. Coś cudownego, choć odtworzonego tak realistycznie i w tak wielkim formacie może wydawać się przerażające. I nieprzypominające niczego, co widziałam na ścianach do tej pory. Jakby ktoś rysował ołówkiem, a nie sprayem. I przychodzi mi na myśl, że muszę tutaj przyprowadzić tatę. On na pewno będzie wiedział na ten temat więcej niż ja.
Oczywiście nie jest to jedyny malunek, gdyż dookoła jest mnóstwo innych, a kiedy już się komuś znudzą, zostają zastąpione kolejnymi, lepszymi bądź gorszymi. Jednak autor tego dzieła zawsze mnie zaskakuje i w sumie chciałabym go poznać. Bo moim skromnym zdaniem osoba, która to stworzyła, jest fenomenalna. Choć każdy ma inne gusta.
Rozglądam się dookoła poszukując jeszcze czegoś, co wpadłoby mi w oko, ale nie ma już nic ciekawego, więc kieruję się ku wyjściu. Dostrzegam w jednym z korytarzy przyglądającą mi się osobę, ale wydaje mi się to normalne, bo w końcu jestem tutaj intruzem. Nic dziwnego więc, że moja obecność kogoś zaniepokoiła.
Wychodzę na ulicę i rozglądam się przez chwilę. Do szkoły mam około półtora kilometra, jeśli pójdę przez główne ulice, ale mogę też iść tymi mniejszymi, między sklepami i skrócić sobie drogę, a że jest wyjątkowo zimno, nawet jak na środek nocy, to wybieram drugą opcję.
Idę jedną z mniejszych uliczek, w tej bardziej pospolitej części miasta. Sklepy dookoła są pozamykane a jedynie pod tym z alkoholem, stoi kilku młodych chłopaków. Oczywiście odpowiednio wstawionych. Coś tam do mnie mamroczą, ale najwyraźniej nie mają ochoty na żadne głupstwa, więc nie zwalniam kroku i dalej maszeruję przed siebie.
Docieram na przystanek, chociaż mogłabym iść piechotą, ale zanim dotrę do szkoły, postanawiam wpaść jeszcze w jedno ciekawe miejsce i autobusem zejdzie mi dużo szybciej. Wsiadam do odpowiedniego pojazdu i oprócz dwóch widocznie pijanych dziewczyn jestem jedynym pasażerem. I z chwilą, kiedy autobus rusza, za oknem miga mi ta postać z metra. Mrużę oczy z niedowierzaniem, ale jestem praktycznie pewna, że to ta sama osoba. Dość wysoka, w ciemnym płaszczu i kapturze na głowie. Przypominają mi się słowa Toby'ego że ktoś rzekomo na mnie poluje i przez chwilę mam ciarki na plecach.
Nie powinnam się bać nawet, jeśli tak jest, bo to nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz, kiedy mogę być w niebezpieczeństwie. Aczkolwiek pojawia się ten dreszczyk, którego już tak dawno mi brakowało. Z czystej ciekawości postanawiam sprawdzić, czy to tylko zbieg okoliczności, czy rzeczywiście coś jest na rzeczy.
Wysiadam na przystanku i pomimo mojej świetnej znajomości miasta chwilę mi zajmuje, zanim orientuję się, gdzie jestem. W dość nieciekawej okolicy, ale tam, gdzie pierwotnie miałam wysiąść jest jeszcze bardziej niebezpiecznie.
Małe, zaniedbane domy, zarośnięte ogródki a gdzieniegdzie nawet zwykłe baraki, czyli typowa okolica zamieszkiwana przez ludzi mało zamożnych. Idę między wysokie i wąskie budynki gdzie znajdują się śmietniki i miejsce spotkań tutejszych pijaków, co można wywnioskować po zapachu wymiocin i alkoholu.
Staję, przez chwilę obserwując całkowicie pustą ulicę i kiedy chcę już zacząć śmiać się z samej siebie dzieje się to, czego oczywiście od samego początku mogłam się spodziewać.
Pojawia się taksówka przystająca na jednym z podjazdów i po chwili wychodzi z niej ta wysoka postać w kapturze. Rozgląda się dookoła, ale mnie nie dostrzega. Mogę ją zgubić, a właściwie już to zrobiłam. Ale nie byłoby zabawy, więc robię dwa kroki do przodu. Mój prześladowca odwraca się w moją stronę i mimo że nie widzę jak wygląda, mogę przysiąc, że patrzy mi w twarz. Drwiący uśmiech na moich ustach też powinien zauważyć, nawet jeśli dzieli nas kilkadziesiąt metrów. Cofam się i zaczynam szybkim krokiem kierować w głąb uliczki. Czas zacząć zabawę.
Dobra, ten rozdział jest jednym z najbardziej pechowych, jakie pisałam. Dwa razy pisałam go od początku, bo poprzednie wersje albo się nie zapisały, albo zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach :/ Dlatego sprawdzałam go tylko pobieżnie, bo prawdę mówiąc mam go już dość xD
Nie mam pojęcia, czemu każdy uważa, że z tymi kartami kredytowymi to miał być jakiś przekręt. Przecież w tamtym rozdziale wyraźnie pisałam, że to był żart. Kilka razy było to nadmieniane. Cameron trochę wrobił Isy, bo uznał, że kilka dni bez zakupów jej nie zaszkodzi, a ona nawet nie sprawdziła, czy rzeczywiście nie może korzystać z karty. 
Poza tym tę wersję tego rozdziału uznaję za średnio udaną, ale już naprawdę nie mam sił poprawiać jej po raz kolejny. Może jak trochę od niej odpocznę, to jeszcze raz posprawdzam wszystkie błędy. 
I lecę do was. Ostatnio starałam się trochę nadrabiać, ale nadal mam spore zaległości.